MJ Mondays: "I'm back."
18 marca 1995 r. serwisy informacyjne na całym świecie zdominowały dwa słowa - "I'm back" - które znalazły się w faksie od Davida Falka, agenta Michaela Jordana.

Dzień później, 19 marca, MJ wybiegł razem z drużyną Chicago Bulls na parkiet hali Market Square Arena w Indianapolis. Spotkaniu przeciwko Indiana Pacers towarzyszyło prawdopodobnie największe zainteresowanie mediów i kibiców w historii NBA. Jeszcze nigdy nikt nie czekał tak bardzo na żaden mecz sezonu zasadniczego...

Wymagający przeciwnik jak na pierwszy mecz po powrocie z tak długiej przerwy. Pacers zajmowali wówczas miejsce w ścisłej czołówce Konferencji Wschodniej, a Bulls walczyli o udział w playoffach.

Starszy, nieco cięższy i wolniejszy, a co najważniejsze przystępujący do gry niemal z marszu, musiał stawić czoła świetnej i bardzo fizycznej obronie Pacers oraz rewelacyjnemu strzelcowi, jakim bez wątpienia był Reggie Miller.

Z numerem 45 na koszulce (#23 został zastrzeżony przez Chicago Bulls) w trakcie 43 minut spędzonych na parkiecie zdobył 19 punktów.

Do swojego dorobku punktowego dorzucił 6 asyst, 6 zbiórek i 3 przechwyty.

Jednak zdecydowanie nie można powiedzieć, że był to ten sam MJ co przed opuszczeniem ligi w 1993 r. Trafił tylko 7 z 28 rzutów z gry, czyli zaledwie 25%!

Pacers zrobili oczywiście kawał dobrej roboty w obronie, ale gołym okiem było widać, że MJ-owi daleko do dawnego "His Airness". Pomimo 31. punktów Scottiego Pippena, Bulls przegrali ten mecz 96:103.

Euforia, wręcz szaleństwo, związane z powrotem Jordana sięgały zenitu. Szybko jednak pojawiły się liczne głosy ekspertów i krytyków twierdzące, że to już koniec MJ'a. Że już nigdy nie wróci do swojego poziomu, że jest za stary, za ciężki i za wolny. Że nie będzie w stanie dominować w lidze tak, jak robił to przed zakończeniem kariery w 1993 r.

Na nogach MJ'a możecie zobaczyć Air Jordan 10, w kolorystyce która zyskała przydomek "Chicago".






